niedziela, 13 maja 2012

Coś niesamowitego jest w tych gouldowskich połączeniach w mózgu widocznych na filmie z wariacji tych z późnego życia, gdy jest już jako człowiek-muzyk zdecydowanie ukształtowany ostatecznie...  Jego palce wydają się być jakby w mniejszej odległości od ośrodka decyzyjnego w mózgu i ruch jakby pojawiał się na klawiaturze niemal jenodcześnie z myślą, a więc natychmiast, gdy zostaje odczuty. Patrzę na sylwetkę, pochyloną, z twarzą blisko klawiatury i wyobrażam sobie, jak się wówczas czuje i jak wobec tego, ten prosty element wpłynąć mógł na pozostałę wymiary człowieka Goulda. Tak jak we wszystkich sporach "nature versus nurture" nie da się z pewnością powiedzieć, co jest pierwotne, a co wtórne, tak i tu nie potrafię zgadnąć, czy to, jak Gould gra na filmie z ostatnich lat życia zależało pierwotnie od tego zbliżenia do pianina, czy zależność powstała w czasie odwrotnie - nie pianino na niego wywarło wpływ, a on zbliżył się do pianina, bo ono już nim było. Właśnie w tak niewielkiej odległości na niewyciągnięcie dłoni tuż przy twarzy.

sobota, 12 maja 2012

Ja pamiętam, jak się dziwiłam, gdy byłeś zachwycony Gouldem, a ja słuchałam Mozarta - bo mi to koiło i porządkowało chaos wewnątrz mnie, niechciany bałagan. Teraz moje odkrywanie Goulda, oczywiście z preferencją melodii niektórych tylko, najbardziej jednak tych, co były grane w filmie Wstyd, możliwe jest dlatego, że nie mam w głowie chaosu, który by potrzebował "okładów" z muzyki. I mogę dzięki temu usłyszeć perfekcję i to, co ci już kiedyś mówiłam, że uwielbiam w muzyce - ten wątek, który leci wielką falą nad zasadniczą muzyką, tak jakby zasadnicza muzyka była maleńkimi falkami, a duży dłuższy wątek muzyczny leciał jako opowieść prowadzona ponad nimi. Mam nadzieję, że udało mi się wyjasnić; jak nie to zapytaj, bo chciałabym móc ci to powiedzieć.