
Coś niesamowitego jest w tych gouldowskich połączeniach w mózgu widocznych na filmie z
wariacji tych z późnego życia, gdy jest już jako człowiek-muzyk zdecydowanie ukształtowany ostatecznie... Jego palce wydają się być jakby w mniejszej odległości od ośrodka decyzyjnego w mózgu i ruch jakby pojawiał się na klawiaturze niemal jenodcześnie z myślą, a więc natychmiast, gdy zostaje odczuty. Patrzę na sylwetkę, pochyloną, z twarzą blisko klawiatury i wyobrażam sobie, jak się wówczas czuje i jak wobec tego, ten prosty element wpłynąć mógł na pozostałę wymiary człowieka Goulda. Tak jak we wszystkich sporach "nature versus nurture" nie da się z pewnością powiedzieć, co jest pierwotne, a co wtórne, tak i tu nie potrafię zgadnąć, czy to, jak Gould gra na filmie z ostatnich lat życia zależało pierwotnie od tego zbliżenia do pianina, czy zależność powstała w czasie odwrotnie - nie pianino na niego wywarło wpływ, a on zbliżył się do pianina, bo ono już nim było. Właśnie w tak niewielkiej odległości na niewyciągnięcie dłoni tuż przy twarzy.